Make your own free website on Tripod.com

"Rzeczpospolita" 16 maja 1997


Chodzi o sprawiedliwość, nie o politykę

Jacek Cieszewski

- W tym procesie nie chodzi o politykę, lecz o sprawiedliwość, a stał się poszlakowy dlatego, że winni zbrodni w "Wujku" i "Manifeście Lipcowym" przez wiele lat uparcie zacierali wszelkie ślady - te konkluzje przewijały się we wszystkich wczorajszych wystąpieniach pełnomocników oskarżycieli posiłkowych w procesie zomowców oskarżonych o użycie broni podczas pacyfikacji śląskich kopalń w stanie wojennym.

Mec. Jolanta Zajdel-Sarnowiczowa stwierdziła, że oskarżonemu płk. Marianowi O., w grudniu 1981 r. z-cy komendanta wojewódzkiego MO w Katowicach, na odprawie 14 grudnia komendant powierzył planowanie i koordynowanie pacyfikacji strajkujących zakładów. To on rozdzielał zadania i kierował ich wykonaniem. Do działań w "Manifeście Lipcowym" włączył uzbrojony w broń palną pluton specjalny, który otworzył ogień. W "Manifeście" były jedynie ranne ofiary, ale O. następnego dnia, dobrze wiedząc, jakie to może przynieść skutki, do "Wujka" wysłał ten sam pluton, co doprowadziło do tragedii.

Z kolei dowódca plutonu specjalnego Romuald C. dowodził tą elitarną grupą świadom, że jest ona wyposażona w broń, która w każdym momencie może być użyta przeciw strajkującym. Oddając - jak zeznał w śledztwie - pierwszy strzał w powietrze, musiał jako doświadczony dowódca wiedzieć, że podwładni uznają to za sygnał otwarcia ognia. Członkowie plutonu specjalnego po wydarzeniach w "Manifeście" musieli zaś przewidywać, że broń zostanie użyta także przeciwko strajkującym w "Wujku". Zeznania świadków wykluczyły istnienie bezpośredniego zagrożenia, zomowcy strzelali bowiem z oddali.

Mec. Anna Dembek stwierdziła m.in. że oskarżeni wykonali najbardziej brutalną część scenariusza stanu wojennego. O tym, że akcji nie przygotowywano "na gorąco", świadczy ocalały plan działań w "Manifeście". Jej celem było - powiedziała - sterroryzowanie społeczeństwa. Towarzyszyła temu świadomość popełnienia przestępstwa, czego dowodem jest konsekwentne zacieranie wszelkich śladów. Oskarżeni uczestniczyli w tej straszliwej zbrodni świadomie i czynnie. W czasie trwającego z górą cztery lata procesu żaden nie okazał cienia skruchy, zachowywali się na sali sądowej cynicznie i lekceważąco.

Mec. Marian Szweda przypomniał trzy koncepcje obrony oskarżonych: strzelał nie pluton specjalny, lecz inni; strzelał, ale tylko w powietrze; strzelał w obronie koniecznej. Tymczasem wprowadzenie tego plutonu do akcji było świadome. Przecież kilkunastu ludzi, nie używając broni palnej, nie mogło wpłynąć na przebieg wydarzeń, w których uczestniczyło tysiące osób. Strzały oddano z odległości, świadkowie zeznali, że po tym, jak usłyszeli krótkie serie, widzieli funkcjonariuszy plutonu specjalnego przeskakujących na zewnątrz ogrodzenia kopalni. Pełnomocnik wskazał zasadnicze rozbieżności w słowach Wojciecha Jaruzelskiego, który tuż po tragedii w "Wujku" oświadczył, że odpowiadają za nią "prowodyrzy", a zupełnie co innego zeznał po 15 latach jako świadek w katowickim procesie.

Dzisiaj dalsze wystąpienia pełnomocników oskarżycieli posiłkowych.