Make your own free website on Tripod.com


POWRÓT

•  fragmenty
•  zdjęcia z pacyfikacji
•  zdjęcia z procesu
•  reakcje na książkę
Maria Szcześniak "Idź i zabij"

Pierwszy i ostatni dzień procesu oskarżonych o pacyfikację KWK "Manifest Lipcowy" i "Wujek" w grudniu `81 były do siebie podobne. Gmach sadu przypominał pilnie strzeżoną fortecę. Do budynku można było wejść tylko za okazaniem specjalnej przepustki, kontrolowano zawartość torebek. Wszędzie roi się od policjantów, zarówno tych w mundurach jak i w cywilu. Przed gmachem tłum ludzi, którzy przyszli, aby wyrazić swoją solidarność z rodzinami zabitych, z poszkodowanymi. Było to jednak tylko pozorne podobieństwo. 10 marca 1983 r. wchodziliśmy na salę 316 Sądu Wojewódzkiego w Katowicach z nadzieją, że dowiemy się prawdy, że winni zostaną ukarani. 21 listopada 1997 r. opuszczaliśmy ją w poczuciu żalu i wyrządzonej niesprawiedliwości.

Cztery lata i osiem miesięcy sędziowie: Ewa Krukowska, Marcela Faska-Jagła i Jacek Myśliwiec w żenujący sposób prowadzili tę sprawę, by wreszcie zakończył ją skandalicznym wyrokiem. Odbyło się 150 rozpraw, drugie tyle odwołano. Przesłuchano ponad 280 świadków. Akta sprawy liczą 37 tomów. Od pierwszego dnia procesu działania składu orzekającego były wyrazem niechęci do wydania wyroku skazującego. Gdy jeszcze istniała możliwość, że czyny zarzucane oskarżonym ulegną przedawnieniu, robili oni wszystko, by przewlekać sprawę. Chorowali, zapominali o terminach, psuły im się budziki, uciekały pociągi. Jeden dwukrotnie przyszedł do sądu kompletnie pijany. Skład sędziowski nie potrafił i nie chciał zdyscyplinować podsądnych. Wniosek pełnomocników oskarżycieli posiłkowych, aby zastosować areszt tymczasowy, został przez sąd odrzucony. Sędziów nie oburzał lekceważący stosunek oskarżonych do wymiaru sprawiedliwości. Nie przeszkadzało to, że oskarżeni w trakcie rozpraw spali, rozmawiali, śmiali się.

Ten proces miał wiele dramatycznych momentów. Czasami sala rozpraw świeciła pustkami, czasami zapełniała się ludźmi po brzegi. Byłam na każdej rozprawie. Pamiętam zeznania górników, którym załamywał się głos. I pamiętam pełne szyderstwa spojrzenia oskarżonych. Nie potrafiłam zrozumieć skąd w tych ludziach tyle nienawiści i pogardy dla tych, do których kiedyś strzelali. Do tych, którzy próbują dociec prawdy. W kuluarach pod adresem obserwatorów procesu i moim sypały się złośliwe uwagi, ostrzeżenia, a nawet pogróżki. Jako dziennikarz "Solidarności" byłam ulubionym celem ataków niektórych oskarżonych i ich głównego obrońcy Marka Barczyka.

Kiedy obserwowałam jak skład sędziowski z uporem odrzucał większość wniosków pełnomocników oskarżycieli posiłkowych, wiedziałam już, że nie ma zamiaru ukarać tych, którzy siedzą na ławie oskarżonych. Prawdą jest, że wiele śladów zatarto zaraz po wydarzeniach, ale nazwiska osób, które przyczyniły się do tego, są znane, winny za to ponieść odpowiedzialność. Jednak te dowody winy, które pozostały i ujawniono je w trakcie procesu, powinny wystarczyć. Raporty o zużyciu amunicji, zeznania świadków, którzy widzieli strzelających, opinie biegłych, rozpoznanie jednego z oskarżonych przez rannego wówczas górnika. Skład orzekający nie tylko nie uwzględnił tych okoliczności, ale nie potrafił również doprowadzić do wyjaśnienia pojawiających się wątków udziału w pacyfikacjach esbeckiej grupy płk. Perka, na obecność której powoływali się oskarżeni. Sad zadowolił się odpowiedzią z Komendy Wojewódzkiej Policji i Delegatury UOP, że listy "perkowców" ustalić się nie da. Istnienie tej grupy istotnie dość często jest jeszcze tematem "tabu", ale nazwiska niektórych jej członków są wielu osobom doskonale znane. Czy zatem był to tylko kolejny błąd sądu, czy świadome godzenie się na to, aby w sprawie pojawiły się niejasności? Napisanie tej książki zaproponował mi Andrzej Gelberg, redaktor naczelny "Tygodnika Solidarność", w którym "na gorąco" zamieszczałam relacje z katowickiego procesu. Jest to książka o zbrodni bez kary. O rażącej nieudolności polskiego wymiaru sprawiedliwości, który korzeniami tkwi jeszcze głęboko w totalitarnym systemie. Opowiada ona o tych, do których strzelano i o tych, którzy strzelali. Mają w niej prawo głosu poszkodowani i oskarżeni. Obrońcy, pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych i sędziowie. Z wyjaśnień oskarżonych i zeznań świadków wyłania się koszmarny obraz tamtych tragicznych dni.

Napisałam o tym, co działo się na sali rozpraw, a także o atmosferze szczególnej, atmosferze tego procesu. O domagających się poszanowania prawa i elementarnych zasad sprawiedliwości uczestnikach górniczych strajków. O cynicznej, butnej postawie oskarżonych. Ta książka nie byłaby jednak pełna, gdyby zabrakło w niej wątków z warszawskich sądów, gdzie odpowiadał najwyższy rangą oskarżony generał Czesław Kiszczak. Jeździłam na wszystkie rozprawy, aby mieć pełny obraz obu procesów, dotyczących tej samej przecież zbrodni. Ta książka zamyka pierwszy etap sprawy. Już wkrótce w Sądzie Wojewódzkim w Katowicach rozpocznie się nowy proces. W Warszawie trwa kolejny proces Czesława Kiszczaka. Wszyscy, którzy pamiętają o górnikach z kopalni "Wujek" i o sprawie, za którą oddali życie, mają nadzieję, że doczekają jednak sprawiedliwego wyroku.

Wszystkim, którzy przyczynili się do tego, aby ta książka mogła powstać serdecznie dziękuję.

Maria Szcześniak

P.S.
Sąd Wojewódzki na niejawnym posiedzeniu podjął decyzję o zwróceniu się do Sądu Najwyższego o wyznaczenie innego sądu do rozpatrzenia tej sprawy